Wyciągnięte dłonie

Oprowadzałem ostatnio turystkę po Addis Abebie. To co przeżyła w Etiopii było dla niej niesamowitym doświadczeniem. Czym się zachwycała, a także co ją przerażało, na mnie nie wywierało już prawie żadnego wrażenia. Jednak dzięki niej ponownie zacząłem dostrzegać to, czego już od dawna nie zauważałem.

Wszędzie, a w szczególności w Addis Abebie spotykam żebrzących. Mijam ich na każdym kroku. Na początku mojej pierwszej wizyty w Etiopii, przechodzenie obok tych ludzi było bardzo trudne, z czasem do tego przywykłem, a obecnie jest to dla mnie normą. Brzmi okropnie, ale nie da się inaczej. Wyciągniętych dłoni jest zbyt wiele. Nie chcę wybierać komu dać a komu nie. Wyjątek stanowią osoby wyraźnie chore, umierające, wymagające natychmiastowej (często specjalistycznej) pomocy medycznej. Do mijania tych ludzi nigdy nie przywyknę. Co jednak mogę zrobić? Nie wierzę, że moje pieniądze poprawią los któregokolwiek z nich…

DSCN9048 (Copy)

Ludzie ulicy nie myślą o tym co będzie jutro. Liczy się tylko tu i teraz. To kwestia braku edukacji, kompletnie innej mentalności. Słyszałem historie pewnego chorego, który zbierał pieniądze na ulicy. Człowiek ten zmarł, a w jego kieszeniach znaleziono około 50 000 birr (około 2 000 euro). Za takie pieniądze to można mieszkać w hotelu przez rok, nie mówiąc już o wizycie u lekarza. Oczywiście to tylko przykład, ale wierzę, że ten kraj bardziej potrzebuje edukacji, niż moich pieniędzy. Może żaden ze mnie nauczyciel, ale ludziom których mijam spacerując z naszymi dzieciakami daję do myślenia. Że niepełnosprawnych nie należy się wstydzić i zamykać w domu, żeby nikt nie widział. To takie dawanie przykładu, próba zmiany mentalności ludzi dookoła (zwłaszcza tych niewykształconych). Nasi najbliżsi sąsiedzi się nie dziwią. Nie tylko nas tolerują, ale też wykazują wyrazy sympatii. Kiedy jednak oddalimy się trochę dalej od domu sytuacja się zmienia. Doświadczyłem już wielu absurdalnych sytuacji. Etiopczycy lubią zagadywać białych, nie mają problemu zapytać co tym dzieciakom dolega, wysłać do kościoła na egzorcyzmy, zatrzymać i po prostu patrzeć, czy też odsunąć z niechęcią (no przecież mogą się czymś zarazić). Raz nawet ktoś mnie spytał czy ten chłopiec może normalnie biegać, bo ma taką małą głowę. Zmierzam do tego, że wzięcie kogoś na stałe pod opiekę jest lepszą drogą wspierania Etiopii, niż rozdawanie pieniędzy ludziom, których twarzy nie będzie się pamiętało następnego dnia. Może dawanie to bardziej pomaganie samemu sobie? Uspokojenie sumienia? Cóż z tego, że jakiś ferendżi (tak najczęściej nazywa się tu obcokrajowców) zgarnie z ulicy chłopaka, który chodzi boso i kupi mu buty. Po 15 minutach ten sam dzieciak będzie latał boso, bo wtedy zbierze więcej kasy od ludzi… a buty sprzeda.

DSC00768 (Copy)

DSC00784 (Copy)

Na Markato (uważanego za największy targ w Afryce), spotkałem ostatnio niepełnosprawnego mężczyznę, który pracował jako pucybut. Przystanąłem przy nim na chwilę i zapytałem ile chce za czyszczenie, mimo że wiedziałem jaka to kwota. Nie zdziwiło mnie wcale, że podbił cenę trzykrotnie, tylko dlatego że jestem białasem. Z uśmiechem i swoim kalekim amharskim zbiłem cenę do lekko zawyżonej, niż ta standardowa. Ludzie dookoła zaczęli mi się przyglądać i bynajmniej nie spoglądali przychylnym okiem. Nie mogłem się jednak przełamać z tym czyszczeniem butów. Nigdy nie korzystałem z takich usług, ze względu na swój kolor skóry. Źle mi się to kojarzy. Z drugiej strony, ktoś dostanie pieniądze za uczciwą pracę. Chciałem przekazać temu człowiekowi, że to co robi jest czymś tutaj absolutnie niezwykłym. Mógłby po prostu stanąć z wyciągniętą dłonią, zamiast pracować. Pewnie zebrałby więcej niż zarobi podczas całego dnia swojej pracy! Zapłaciłem mu za jego heroizm, nie za usługę i odszedłem w swoich brudnych butach. Pożegnał mnie jego uśmiech i podziękowanie, a także pozytywny śmiech gapiów.

DSC02990 (Copy)

Droga Addis Abeba – Debre Zeit. Pokonuję ją przynajmniej kilka razy w tygodniu. Najlepsze szpitale i kliniki znajdują się tylko w stolicy. Fragment tej drogi jest w fatalnym stanie i samochody jadą tym odcinkiem maksymalnie 10km/h. Ostatnio pewien mężczyzna stał na tej drodze i krzyczał do mijających kierowców, że przed chwilą zasypał wielką dziurę drobnymi kamykami. Dzięki temu dostawał od ludzi coś na zasadzie napiwków za pracę. Reasumując – prawie każdy może pracować. Ośmiolatki biegają po ulicach i sprzedają chusteczki czy gumy do żucia(inna sprawa, że powinny być w szkole). Ceny takie jak w sklepach. Warto pomagać ulicznym sprzedawcom, kupując od nich. I nie, urząd skarbowy nie ściga ludzi zasypujących dziury czy sprzedających fajki na ulicach za niepłacenie podatku dochodowego 🙂

100_4432a (Copy)

Kiedy zastanawiam się o żebrzących przypominam sobie Befikera, chłopca przyjętego do nas na podstawie umowy z matką na okres 1 roku. Po tym czasie kobieta ta postanowiła go jednak zabrać do siebie. Do siebie, czyli na ulicę. Bo tam spędzała całe dnie, żebrząc. Oczywiście, trzymając niepełnosprawnego za rękę zbierze więcej. Mam tylko nadzieję, że mocno go trzyma, bo z tego co pamiętam Befiker lubił biegać i z pewnością nie widział nic złego we wbieganiu na ruchliwą drogę. Właśnie tę historię przytaczam ludziom, kiedy pytają dlaczego nie daję żebrzącym na ulicy.

Oczywiście łatwiej i szybciej jest dać komuś kilka groszy niż zastanowić się nad realną pomocą i ewentualnym wsparciem organizacji która wie, w jaki sposób z takim problemem się zmierzyć. Jest wiele projektów zajmujących się ludźmi ulicy. Mój bliski przyjaciel pracuje w PROCS (protection respect and opportunity for children on the street). Rekrutują do swojego ośrodka dzieci, wysyłają do szkół, kontrolują postępy, walczą z mentalnością rodziców. Części z tych dzieciaków się uda. Ukończą szkoły, nawet uczelnie wyższe, zostaną lekarzami, architektami itp. Taki sukces wymaga jednak czasu, poświęcenia i zaangażowania. Z pewnością wyciągając kasę z kieszeni i dając ją komuś na ulicy takiego efektu nie osiągniemy, a błędne koło dalej będzie się toczyć.

Dobrze, że jesteście

Mogłoby się wydawać, że opieka nad sześciorgiem niepełnosprawnych nie jest dużym wyzwaniem organizacyjnym. Rzeczywistość, w której istnieje nasz projekt sprawia, że aby wszystko działało prawidłowo (tzn dużo lepiej niż przewidują miejscowe standardy) potrzeba mnóstwo znajomości, zarówno w Etiopii, jak i Europie. Stale zmagamy się z wieloma problemami, jednak nie na wszystkie z nich znajdzie się rozwiązanie. Ważne to trzymać się harmonogramu i realizować cele. W zeszłym roku, po powrocie do Polski wiedziałem co trzeba osiągnąć, aby pomóc w rozwoju projektu. Podobnie teraz, plan pracy na 3 miesiące w Etiopii miałem w głowie ułożony wcześniej. Ciężko jednak zajmować się szukaniem odpowiedniego psychiatry, który mówiłby w języku Deribie(w Etiopii jest ich ponad 80!), skoro od kilku dni w naszym mieście nie ma bieżącej wody. Problemy dnia codziennego bywają przytłaczające. A każdego dnia dostrzegam coś nowego, czym powinniśmy się zająć. Niektóre z tych spraw to detale, ale razem tworzą niezwykle ważną całość. Jednakże dbanie o rozwój naszych podopiecznych to najważniejsze z ważnych spraw tu do załatwienia.

Rahel ma już rehabilitanta. Oczywiście mu nie ufam, ale jakoś działać trzeba. Cholera, za dużo razy chcieli mnie tu oszukać i naciągać. Czasami też z braku wiedzy, lekarze stawiali złe diagnozy czy przepisywali niewłaściwe leki. Dobrze, że jest Mesay, jeden z dwóch zaufanych lekarzy, których poznałem w zeszłym roku. Stale będzie kontrolował postepy i nad wszystkim czuwał. Podpowiada nam też Tatiana (rehabilitantka z Polski). Za 3 miesiące wszystko musi działać dobrze już bez mojej kontroli.

Nie muszę też martwić się o załatwianie leków, wypisywanie recept itp. Jako białas mogę kupić praktycznie wszystko co mają do zaoferowania etiopskie apteki. W zeszłym roku wielokrotnie kupowałem (bez recepty) leki na depresję! Zdobycie antybiotyku też nie jest problemem.* Jest jednak pewna szczególna grupa leków, których sprzedaż jest ściśle kontrolowana przez rząd. Wtedy wystarczy, że pójdę do mojego zaprzyjaźnionego lekarza z kliniki w Bole Michael. Niedawno miałem okazję się z nim widzieć. Po wymianie serdecznym uścisków, pierwsze co spytał to na co trzeba wypisać receptę. Przypomniał, że trzeba kontrolować pacjenta, bo dawke należy dostosować do wagi, a przecież Rahel rośnie. Dzięki takim osobom możemy zaoszczędzić mnóstwo czasu. Dzielnica Mexico, do której nasze opiekunki jeżdżą po receptę jest bardzo daleko, absolutnie nie po drodze. Przejazd tam, tylko po kawałek papierka byłby głupotą I stratą cennego czasu.

Komunikacja alternatywna dla Binyama i Dynki. Dziwie się, że sami na to nie wpadliśmy tu na miejscu. Pomysł podsunęła studentka z Uwr-u poznana dzięki doktor Barbarze Winczura. Wszystkim Wam dziękuje za to, że można na Was liczyć. Razem tworzymy całość i budujemy ten dom. Część z Was od zewnątrz, ale to miejsce może być jeszcze lepsze. Dzięki Wam.

Działamy w środowisku, w którym co po niektórzy uciekną na widok naszych biegnących na przywitanie dzieci. Uciekną, bo obawiają się, że mogą się czymś zarazić. Niektóre choroby oznaczają przecież opętanie złym demonem. Nigdy nie zapomnę co powiedziała matka Befirkera, gdy zabierała go z naszego domu w zeszłym roku. Planem na wyleczenie miała być woda święcona. Ahh ta Etiopia! Z jednej strony tak bliska mojemu sercu, a z drugiej pełna niezrozumiałych paradoksów i problemów, z którymi nasz, europejski świat już dawno nie musi się zmagać. Dobrze, że mam tutaj moich przyjaciół. Dzięki nim życie jest łatwiejsze. Nie muszę się martwić o przejazd z lotniska w środku nocy, przewozić ponad 50kg bagażu komunikacją miejską do Debre Zeyit, a kiedy jestem w Addis nie śpię w hotelach ani nie szukam wszystkiego na własną rekę. Abi i Davit, dobrze, że jesteście. Jesteście jak najbliższa rodzina i zawsze można na Was liczyć.

Szczególne podziękowania dla sponsora naszego domu – firmy Marco. Dzięki Waszej pomocy możemy rozwijać nasz projekt w Etiopii, a także myśleć o nastepnej wspólnocie w Afryce.

Wielkie ukłony w stronę rodziców adopcyjnych. Dziękuje serdecznie za Wasze wsparcie i zainteresowanie.

*Hej! Tylko żeby nikt nie pomyślał sobie, że wchodzę do apteki i mówię do sprzedawcy „poproszę lek na depresję, wszystko jedno jaki i może antybiotyk na zapalenie ucha, bo Milan się skarży, że ją ucho boli. Aaa i Pani dorzuci coś jeszcze na epilepsję, też się przyda!” Zawsze wiemy dokładnie czego potrzebujemy i żaden z nas nie bawi się w lekarzy. Chodzi tylko o ułatwianie sobie życia w niektórych sytuacjach.